piątek, 17 czerwca 2016

Po co szkołom Ministerstwo Edukacji?

ODPOWIEDŹ 1: dr Łukasz Srokowski, socjolog edukacji (www.srokowski.pl)

W rozmowach na temat edukacji - zarówno z nauczycielami, jak i osobami ze środowisk edukacji alternatywnej - często pojawia się wątek "a po co nam właściwie to ministerstwo? Czy nie mogliby nas zostawić w świętym spokoju i pozwolić nam się zająć naszą pracą?"

Lista zarzutów pod względem Ministerstwa Edukacji jest długa, choć większość z nich sprowadza się do jednego problemu: nadmiernej regulacji pracy nauczycieli. Często przywoływany jest tu przykład Finlandii, w której szkołom, jak też i pojedynczym nauczycielom dawana jest wolna ręka. Tamtejsze Ministerstwo ma do kadry pedagogicznej znacznie większe zaufanie niż w Polsce - i jak wskazują wyniki edukacyjne Finlandii - skutkuje to po pierwsze lepszą pracą nauczycieli, a po drugie, ważniejsze, znacznie lepszym dopasowaniem programów nauczania do potrzeb i realiów życia uczniów.

Czy to jednak oznacza, że można zostawić nauczycieli, rodziców i dzieci faktycznie samym sobie - i najlepiej zlikwidować Ministerstwo Edukacji? Dość często postulują to niektórzy przedstawiciele środowisk edukacji alternatywnej i rodzice edukujący domowo. Jest to postawa skrajna, ale wcale nie taka rzadka. 

Pójdźmy zatem tym tropem. Wyobraźmy sobie, że mamy magiczną różdżkę, za pomocą której w obłoku różowego dymu - PUFF! - zniknęło właśnie Ministerstwo Edukacji Narodowej. I co się dzieje?

Na początku zapewne nic (oprócz oczywistych westchnień ulgi, ale też i zaniepokojenia, zwłaszcza ze strony dyrektorów). Przez pewien czas wszyscy zaczynają się przyzwyczajać do nowego stanu rzeczy. Od strony finansowej nic strasznego się nie dzieje, nad finansami szkół i tak czuwają samorządy, które istnieją dalej. Lekcje codziennie się odbywają, uczniowie się uczą... 

Ale oto zaczynają się zmiany. Bez wytycznych Ministerstwa, bez nadzoru kuratoriów (które też zniknęły w mniejszych obłoczkach), nauczyciele powoli zaczynają skręcać w stronę potrzeb uczniów, odchodząc od standaryzowanych programów. Bez Ministerstwa nie ma egzaminów centralnych, nie ma jednolitych podstaw programowych. Szkoły zaczynają rozglądać się dookoła i zastanawiać, po co właściwie uczą swoich uczniów. Być może niektóre wchodzą w rozmowy z lokalnymi przedsiębiorstwami i zaczynają dogadywać się tak, aby kształcić absolwentów potrzebnych im jako pracowników. Inne odchodzą od wspólnych ram w stronę eksperymentów dydaktycznych, albo też osadzając edukację głębiej w wartościach swoich lokalnych społeczności. Dużo silniejsze piętno na programie i działalności szkoły zaczyna odciskać dyrektor. 

Szkoły i edukacja w nich robią się po kilku latach coraz bardziej dopasowane do potrzeb lokalnych. Ale jednocześnie, wraz z tym procesem, zaczynają mieć ze sobą coraz mniej wspólnego. Niektóre skręcają w dziwne, czasami niebezpieczne strony. Być może zaczynają na przykład negować wiedzę naukową, a promować ezoterykę, myślenie magiczne? Niektóre wprowadzają bardzo duży poziom swobody, dając uczniom wolną rękę, w innych zaś pojawia się skrajny rygor. Pojawiają się wreszcie takie, które skupiają się wyłącznie na wybranej tematyce, na przykład odrzucając naukę przedmiotów, które dyrektorowi się nie podobają, lub które uważa za niepotrzebne lub trudne do nauczenia.

Ale co najważniejsze, zaczynają formować zupełnie różne grupy uczniów. Mających ze sobą coraz mniej wspólnego. Może nawet gdzie niegdzie zaczynają się nawet pojawiać lokalne dialekty? A na pewno rozpada się w miarę wspólny system wartości, ustępując regionalizmom i lokalizmom. Po dwudziestu-trzydziestu latach od zniknięcia Ministerstwa absolwenci różnych szkół, z różnych części kraju, mogą mieć trudność z odnalezieniem wspólnego języka i znalezieniem płaszczyzny porozumienia. Różne zwyczaje, różne kryteria oceny świata, wreszcie bardzo różna wiedza i kompletnie rozjechane zestawy symboli.

Żadne państwo nie jest w stanie przetrwać w takim stanie. Konsekwencją musi być jego rozpad, albo samodzielny albo przy "wsparciu" sąsiadów. Dlatego też żadne państwo sobie na taki eksperyment nigdy nie pozwoli.

Oczywiście, można - i należy dyskutować - gdzie dokładnie ustawić suwak pomiędzy totalną kontrolą a totalna anarchią. Zapewne, należy go obecnie przesunąć bardziej w stronę wolności i zaufania szkołom, bo istniejący poziom nadzoru nad szkołami tłamsi je, zabijając podmiotowość, zaangażowanie i entuzjazm nauczycieli i dyrektorów. Zapewne należy go ustawić trochę bliżej tego wyzwolonego, kreatywnego końca skali. Ale nie można przestawić go na sam koniec, bo bez ujednolicenia przekazywanej wiedzy, bez określenia choćby szeroko pojętych efektów kształcenia, nie będzie możliwe utrzymanie spójnego społeczeństwa, potrafiącego się ze sobą porozumieć.



ODPOWIEDŹ 2: Małgorzata Taraszkiewicz , Grupa Edukacyjna 21, Prezes Europejskiego Stowarzyszenia Psychologów i Pedagogów Szkolnych 


Ministerstwa to instytucje w służbie rozwoju państwa. Państwo to ludzie, suma ich potencjału to kapitał ludzki. Zatem logicznie myśląc – Ministerstwo Edukacji Narodowej powinno być ministerstwem priorytetowym, głęboko zaangażowanym w budowanie kapitału ludzkiego. Być może powinno być nawet opatrzone akronimem Z O.O., czyli instytucja z Ogromną Odpowiedzialnością!

Ministerstwo buduje ramy (merytoryczne, organizacyjne, prawne itd.) dla funkcjonowania całej generacji młodych ludzi znajdujących się w szczególnej fazie ontogenezy (rozwoju osobniczego), czyli istotnej fazy indywiduacji tj. stawania się sobą. Tylko z tego faktu wynika, że jest to obszar Kolosalnych Inwestycji w budowanie Marki Każdego Człowieka, ludzi i ich losów.

W aktualnej wersji Ministerstwo Edukacji jest raczej tworem utrwalającym anachroniczne rozwiązania adekwatne do rzeczywistości 100 lub więcej lat temu – firmą z bardzo Ograniczoną Odpowiedzialnością. 

Czego najbardziej dotkliwie brakuje? Moim zdaniem w takiej instytucji powinien być natychmiast utworzony:


1) prężny Dział Kreatywny opracowujący awangardowe projekty zmiany i dostosowania systemu do potrzeb współczesnego świata, gospodarki i wyników badań naukowych. Zajmujący się wizjami i innowacjami, organizuje warsztaty foresight’owe, prognozujące przyszłość, projektujący szkoły jako przestrzeń rozwoju kolejnych generacji.

(Czy można sobie wyobrazić, że za 20 lat proces edukacji będzie przebiegał podobnie jak teraz? Dodamy jeszcze kilka przedmiotów, kilka godzin nauki, kilka egzaminów? Czy całe dzieciństwo dzieci zamienimy w szkołę? Jak wprowadzić edukację skonfigurowaną do potrzeb i możliwości każdego dziecka? Tutoring, coaching? Jak zintegrować programy nauczania? A może nawet jak zaprojektować prototypową przestrzeń rozwoju zamiast tradycyjnego systemu klasowo-lekcyjnego?) 


2) prężny Dział Badawczy - analizujący efektywność systemu i wyciągający wnioski dla kształcenia i doskonalenia nauczycieli. 

(Czy fakt, że obecnie około miliona dzieci – czyli co 5 uczeń, jest pod opieką psychologiczno-pedagogiczną powinien mieć jakieś odniesienie do programów kształcenia i doskonalenia nauczycieli, a może także do funkcji psychologów i pedagogów szkolnych? Czy wyniki – np. egzaminów z matematyki, to narodowa klęska czy defekt dzieci i ich rodziców? Jak interpretować słabe wyniki i takie straty w ludziach? Ile można godzin siedzieć bez konsekwencji dla zdrowia? I może także - dlaczego nie ma polskich badań naukowych dotyczących priorytetowych procesów, które są istotą szkoły, czyli uczenia się i wychowywania?)


3) oczywiście powinien się pojawić prężny Dział Współpracy z Rodzicami. 

(Rodzice uczniów to około 1/3 społeczeństwa. Z jednej strony zupełnie absurdalne jest dla mnie to, że w kraju demokratycznym ktoś inny - jakaś nie końca znana grupa ludzi, decyduje o losach milionów nie ich własnych dzieci! Zostaje jeszcze edukacja rodziców. Wydaje się logiczne, że to właśnie ministerstwo powinno o to zadbać. Bo kto?). 

Na zakończenie dwa cytaty do refleksji:


"Nigdy nie uda się zmienić rzeczywistości poprzez walkę z zastaną rzeczywistością. Aby faktycznie coś zmienić - zbuduj nowy model, który sprawi, że poprzedni stanie się przestarzały". (Buckminister Fuller).



„Trzeba mieć szalone pomysły, żeby wymyślić coś rozsądnego”. (Autor nieznany)



Rysunek: Jola Mazur (https://www.facebook.com/JolaMazurIllustration/), specjalnie dla bloga Edukacja jest Fajna.


6 komentarzy:

  1. Współpraca z rodzicami powinna być zdecydowanie większa - zdecydowanie się zgadzam. Nie można wychowywać dzieci bez zgody i aprobaty ich rodziców.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jako świeżo upieczona mama, już teraz zastanawiam się jaki system edukacji wybrać. Domowy czy szkolny? Niestety nie znam nikogo, kto uczyłby swoje dzieci w domu więc obawiam się, że sobie nie poradzę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Aga znam osobiście kilka rodzin z Wrocławia, które w domu uczą swoje dzieci. Służę pomocą :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdecydowanie lepsza jest edukacja szkolna ale wymaga ona kilku zmian, aby nasze dzieci miały większe szanse na rozwój. Obecne zasady nie są po stronie uczniów.

    OdpowiedzUsuń
  5. Moim zdaniem edukacja w dzisiejszych czasach wymaga dużych zmian, aby to uczniom było łatwiej się uczyć. Nie jest najgorzej, ale jeśli ktoś wprowadził by kilka zmian mogłoby być o wiele lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  6. Miejmy nadzieję, że edukacja będzie zmierzać w dobrym kierunki i nauczyciele i uczniowie będą zadowoleni.

    OdpowiedzUsuń