wtorek, 5 kwietnia 2016

Jaka powinna być rola rodziców w szkole?

ODPOWIEDŹ 1: Marcin Grudzień, medioznawca i socjolog, edukator i trener realizujący projekty z zakresu wykorzystania TIK w szkole, edukacji medialnej, równościowej i finansowej.

Jednym z największych problemów, który dotyka polskiej edukacji wydaje się być przerzucanie się przez rodziców i uczniów odpowiedzialnością za wykształcenie i wychowanie uczniów. "Mamy niewielki wpływ na uczniów, wszystko, co najważniejsze dzieje się w domu" – słyszę od nauczycieli. "Dzieci spędzają w szkole tyle czasu. To ona jest odpowiedzialna za przekazanie wiedzy i wychowanie młodego człowieka" – twierdzą rodzice. 

Śmiało można stwierdzić, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju konfliktem i brakiem zrozumienia ról przez obie strony. Doświadczam tego, także jako rodzic, w czasie szkolnych zebrań. 

Tymczasem, zamiast przerzucania się odpowiedzialnością, obie strony powinny zacząć współpracować a rola rodziców powinna mieć charakter aktywny. Oczywiście chodzi o coś więcej niż bardzo tradycyjne i w gruncie rzeczy mało angażujące formy działania ze strony rodziców. Nie chodzi o to, aby aktywność sprowadzała się tylko do tego, że rodzice towarzyszą nauczycielowi i klasie w czasie wycieczki, czy pilnują młodzieży w czasie szkolnego balu. 

Kluczem jest znalezienie takich form zaangażowania rodziców, które przełamią stereotyp szkoły jako instytucji niedemokratycznej, w gruncie rzeczy obawiającej się rodziców roszczeniowych i wtrącających np. w sferę dydaktyki. Szkoła powinna się otworzyć i zachęcić rodziców do rzeczywistego udziału w konsultacjach programów wychowawczych i profilaktycznych, czy kryteriów i sposobów oceniania. Kto inny, jak nie przedstawiciele rodziców powinni brać udział np. w powstawaniu standardu bezpieczeństwa on-line w szkole. Przecież częstokroć to rodzice mierzą się w domu z sytuacjami wymagającymi reagowania czy ustalenia zasad dotyczącymi świata wirtualnego. 

Aktywna rola rodziców to także udział ich w życiu szkolnym jako tzw. „ciekawy człowiek”. Ileż to razy byłem zapraszany do szkół córki, aby opowiedzieć o świecie mediów lub poprowadzić warsztat. Nie ma lepszego sposobu na przełamanie lodów między rodzicem i szkołą. 

Na koniec kilka „dużych słów”. Włączenie rodziców do procesów decyzyjnych, do planowania i rozwoju szkoły to podstawowy sposób na budowanie kapitału społecznego, który jest niezbędnym warunkiem zarówno skutecznej i dobrej edukacji, jak i pomyślnego rozwoju ekonomicznego i społecznego całego narodu. Jak pisze prof. Janusz Czapiński w Diagnozie społecznej: „Badania międzynarodowe dowodzą, że kapitał ludzki jest ważniejszą niż kapitał społeczny przesłanką rozwoju, w krajach uboższych, do których ciągle jeszcze zaliczyć można także Polskę. Po przekroczeniu jednak pewnego progu zamożności, decydującego znaczenia dla dalszego rozwoju nabiera kapitał społeczny. ” (Czapiński, Panek, 2011). 

Tymczasem Robert Putnam, analizując kwestie kapitału społecznego w Ameryce, stwierdza, że jeżeli chodzi o poziom edukacji, to jest on wyższy w tych szkołach, w których rodzice są aktywni, gdzie współpracują z nauczycielami w rozwiązywaniu dylematów dotyczących ich własnych dzieci oraz szkoły jako całości.


ODPOWIEDŹ 2: dr Tomasz Tokarz, coach, trener, mediator, wykładowca akademicki (www.tomasztokarz.eu) 

Dużo mówimy o potrzebie obecności nas - rodziców w szkole. O współtworzeniu jej. O byciu jej częścią. O uprawnieniach. O konieczności wpływania na jej kształt. Tak, trudno kwestionować fakt, że rodzice mają prawo wiedzieć, jak uczą się ich dzieci. Mają prawo oddziaływania na kierunki i sposoby kształcenia istot, które są dla nich najważniejsze.

Jednak wydaje mi się, że wielu z nas gdzieś w środku myśli podobnie: jakże pięknie byłoby znaleźć szkołę, w której nie musiał(a)bym być. Której zaufam na tyle, że z czystym sumieniem powierzę jej swoje dzieci. I nie będę musiał(a) wciąż myśleć, co się tam dzieje. Większość z nas, rodziców, nie ma przecież przestrzeni, energii i czasu, by przesiadywać w budynku szkoły. By stale i aktywnie włączać się w jej życie. Mamy swoje zadania i obowiązki. Właściwie w jakiej roli mielibyśmy to robić? Strażników efektywności? Doradców? Kontrolerów dzieci? Jednym z elementów dorastania jest stopniowe nabywanie samodzielności, autonomii, niezależności - także od rodziców. Szkoła jest miejscem, gdzie może się to dokonywać. 

Jest w nas rodzicach sporo lęków, niepewności, czasem traum. Bywamy reaktywni - podatni na głosy z zewnątrz. Każdy z nas ma trochę inną wizję. Każdego niepokoją inne rzeczy. Bywamy zagubieni lub przeciwnie - zbyt pewni tego, co chcemy(MY!) dla naszych dzieci (czasem bez pytania ich samych o zdanie). Szkoła nie jest w stanie uwzględnić wszystkich oczekiwań. To co możemy zrobić więc najlepszego, to rozsądnie wybrać szkołę dla naszych dzieci. Nie tę przodującą w rankingach. Tę autorską, przyjazną, kierowaną przez mądrego, refleksyjnego dyrektora, dysponująca kompetentną, świadomą kadrą pedagogiczną. A potem zaufać jej i naszym pociechom. Dobra, przemyślana placówka, jest otwarta na głosy rodziców. A jednocześnie zdolna świetnie sobie radzić bez ich obecności.

ODPOWIEDŹ 3: dr Łukasz Srokowski, socjolog edukacji (www.srokowski.pl) 

Rodzice mogą być najważniejszymi sojusznikami szkoły. Ale zwykle nie są. Wynika to z prostego mechanizmu: wielu rodziców jest zabieganych, zmęczonych, chcieliby, żeby ktoś po prostu wziął odpowiedzialność za edukację ich dzieci. Ostatnio koleżanka opowiadała mi o swoich frustracjach związanych z tym, że musi pomagać synowi w nauce historii, bo ten zupełnie sobie z nią nie radzi i ciągle przynosi jedynki. Spytałem, na czym jej bardziej zależy - na ocenach, czy na tym, żeby dziecku nauka sprawiała frajdę. Powiedziała, że w sumie to najbardziej jej zależy, żeby chłopak dostawał przynajmniej tróje i żeby ona w ogóle nie musiała się tym zajmować. I tak naprawdę, choć sam nie zgadzam się z taką postawą, doskonale ją rozumiem.

Takie podejście rodziców jest jednak także - co najmniej w części - winą szkoły. Większość szkół publicznych nie ma żadnego pomysłu na zaangażowanie rodziców w proces edukacyjny. A przecież możliwości jest tak wiele. Oto trzy przykłady:

1) Bieżąca informacja o tym, co dzieje się z dzieckiem w szkole.

Moja córka chodzi do przedszkola. Niemal co drugi dzień dostaję maile od pani dyrektor, z informacjami o tym, czego dotyczyły zajęcia i zdjęciami, pokazującymi, jak dzieci się bawiły. W efekcie, gdy odbieram Natalkę z przedszkola, jestem w stanie od razu z nią porozmawiać o tym, czego doświadczyła w ciągu dnia, co jej się podobało i co widziała. To duże ułatwienie, choćby dlatego, że pozwala mi lepiej sobie wyobrazić, jak wyglądało to, o czym mi opowiada. Wyobrażam sobie, że taka informacja, wysyłana choćby raz na tydzień ze szkoły, byłaby dla rodziców bezcenna.

2) Włączenie rodziców w proces nauki.

Wyższym poziomem współpracy z rodzicami jest ich zaangażowanie w naukę dzieci. A może, precyzyjniej mówiąc, legitymizacja tego procesu. Bo rodzice i tak bardzo często odrabiają zadania domowe z dziećmi, albo nawet za dzieci. I chociaż nie jestem fanem zadań domowych, jeżeli już je robimy, od razu może załóżmy, że niektóre z nich, mogą wiązać się z rozmową z rodzicami i zrobieniem czegoś razem. Dzieci mogą razem z rodzicami poszukać informacji, pójść na wycieczkę, znaleźć jakąś roślinę, miejsce albo wspólnie przeczytać książkę - możliwości są nieograniczone. Zwłaszcza w szkole podstawowej.

3) Rozmowa o mocnych stronach dziecka

Każde dziecko ma jakieś talenty i zdolności. Ogromną różnicę zrobiłoby, gdyby chociaż raz na semestr, nauczyciele spotkali się z każdym z rodziców indywidualnie - nawet na 15 minut i powiedzieli (ale rzetelnie!), jakie są mocne strony ich dzieci. Rozwój najlepiej budować na talentach i mocnych stronach. A, że szkoła nie jest w stanie wesprzeć rozwoju talentów każdego dziecka osobno, bo nie ma takich mocy przerobowych, potrzebne jest do tego zaangażowanie rodziców. Tylko, że ci często nie zdają sobie sprawy z tego, w czym ich dziecko jest naprawdę dobre - odpowiednie ukierunkowanie ich przez nauczyciela naprawdę mogłoby zdziałać cuda.

To tylko wierzchołek góry możliwości. Jeżeli dzieci chodzą do szkoły, za ich edukację szkoła ponosi odpowiedzialność - od tego nie uciekniemy, taka jest natura kontraktu między rodzicami a szkołą. Ale dopóki rodzice nie będą w mądry sposób zaangażowani w ten proces, będzie to zawsze edukacja kulawa, nie wykorzystująca pełnego potencjału sytuacji.

Odpowiedź 4: Małgorzata Taraszkiewicz, Grupa Edukacyjna 21

„Szkoła byłaby bardzo sympatycznym miejscem pracy, gdyby nie zakłócali jej uczniowie i ich trudni rodzice”. Tak w żartobliwym skrócie można by ująć ukryte przekonania bardzo wielu nauczycieli. Jak wynika z wielu badań, zaledwie kilkanaście procent nauczycieli dopuszcza rodziców do merytorycznej współpracy w szkole. Większość najchętniej widzi rodziców w roli dawców brakujących klasie lub szkole dóbr materialnych (np. pieniędzy na nowe firanki) lub dodatkowej opieki na wycieczkach. Strefy zaminowane, gdzie rodzicom wstęp zabroniony to: ocena postępów ucznia, ocena nauczyciela, ocena pracy szkoły. Ewentualne wejścia w te strefy traktowane są jako inwazje i naruszenie kompetencji nauczyciela i integralności szkoły. 

Na czym więc ma polegać głoszone – nawet w dokumentach oświatowych- „partnerstwo”?

Oczywiście partnerstwo to fikcja. Słowo zupełnie niepasujące do tej relacji. Rodzic nie jest partnerem nauczyciela, tak jak nie jest partnerem lekarza, który go operuje, czy partnerem mechanika, który naprawia mu samochód… Partnerstwo to relacja albo wynikająca ze świadomego wyboru (bycia razem), albo relacja kompetencyjna. W przypadku rodziców i nauczycieli nie zachodzi żadna z tych sytuacji. 

W tym kontekście można mówić o współpracy, której cel jest piękny, a nawet doniosły, bowiem polega na wspólnym asystowaniu dziecka w jego rozwoju: dorastaniu, formowaniu się planów życiowych i stawaniu się sobą (czyli indywiduacji). 

Oczywiście współpraca powinna zachodzić w atmosferze wzajemnego szacunku, zaufaniu i z podziałem według kompetencji i odpowiedzialności. Nie może być tak, że np. z jednej strony rodziców obowiązuje (nie pisane, ale silnie wrośnięta w szkolną rzeczywistość) przykazanie: „nie będziesz kwestionował oceny mojej”, z drugiej zaś – najbardziej masowe powywiadówkowe zalecenie dla rodziców brzmi: „proszę się wziąć za naukę swoich dzieci!” Szczególnym przykładem podziału odpowiedzialności są dzieci zdolne, otrzymujące świadectwo z czerwonym paskiem. Takie dziecko jest „dziełem” nauczyciela. Dziecko z problemami (w uczeniu się i zachowaniu) jest na ogół „dziełem” rodzica… 

I tak ewentualnie toczy się powszechnie znana gra o to, kto ma rację i gra w zarzucanie się zarzutami. Nauczyciel spostrzega rodzica jako wroga, potencjalnie podważającego jego kompetencje. Rodzic startuje z pozycji reprezentanta niesprawiedliwie potraktowanego dziecka. Czasem rozpoczyna się dodatkowa runda przerzucania odpowiedzialności za uczniowski zestaw efektów dydaktycznych i wychowawczych. W grupie znajomych nauczycieli, podczas rozmowy na ten temat, stan taki został potwierdzony, a nawet uzupełniony o dodatkowy aspekt. Otóż okazało się, że nawet rodzice będący czynnymi nauczycielami, kiedy wchodzą w rolę rodzica ucznia, przeżywają podobne napięcia. 

Można długo jeszcze opisywać kolejne sceny tego przedstawienia i wyjaśniać mechanizmy, ale nie ma to większego sensu. Na pewno trzeba rozpocząć od przemyślenia definicji ról lub nawet ich redefinicji. 

· Jakie są zadania nauczyciela, jakie zadania rodzica? 

· Czego nauczyciel oczekuje od rodziców, jak wyobraża sobie wsparcie swojej pracy? 

· Czego rodzic może oczekiwać od nauczyciela i co ma konkretnie robić, aby pomagać dziecku? 

Jedynie w wyniku współpracy i dobrej wzajemnej komunikacji możemy dojść do porozumienia ... na rzecz naszego dziecka i ucznia.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz