wtorek, 19 kwietnia 2016

Czy w szkole podstawowej powinny być oceny?

Odpowiedź 1: dr Tomasz Tokarz,  coach, trener, mediator, wykładowca akademicki (www.tomasztokarz.eu) 


Trudno nam sobie wyobrazić szkolną edukację bez ocen (używając tego terminu mam na myśli tradycyjne stopnie wyrażane za pomocą cyfr lub liter). Czy jednak rzeczywiście są potrzebne? Czy służą naszym dzieciom? Czy sprzyjają realizacji podstawowego celu szkoły – czyli wspieraniu potencjału rozwojowego ucznia?

Oficjalnie odgrywają rolę diagnostyczno-informacyjną: mają ukazać poziom opanowania materiału przez ucznia. Gdyby ich rola rzeczywiście się do tego ograniczała, problem można by uznać za stosunkowo mało istotny. Co najwyżej moglibyśmy utyskiwać na standaryzację (przejawem której są schematyczne klucze odpowiedzi), ograniczającą kreatywność naszych dzieci. Niemniej oceny najczęściej wykorzystywane są jednak do innych celów.

Po pierwsze, pełnią funkcję sztucznego stymulatora. Mają „zachęcać” uczniów do uczenia się. Piątki służą jako nagrody, jedynki jako kary. Mamy tu do czynienia z typowym sterowaniem behawioralnym (kijem i marchewką). Taki model jednak na dłuższą metę jest przeciwskuteczny. Pomaga co prawda przygotować się do sprawdzianu czy egzaminu, jednak przyswojony w ten sposób materiał szybko znika z głowy. Szkoła nie potrafi zbudować sensownych powiązań między przekazywanymi treściami a wyobrażeniem ich użyteczności. Nie jest zdolna przekonująco odpowiedzieć na pytanie: "dlaczego mam się tego uczyć? dlaczego to jest tak istotne? co mi to da?". Dlatego obawa przed „niedostateczną” lub pragnienie otrzymania „bardzo dobrej” musi wystarczyć za odpowiedź. 

Po drugie, oceny przekształcają szkołę w instytucję władzy i opresji. Stają się dla nauczyciela instrumentem manipulacji, narzędziem wymuszania dyscypliny, regulatorem posłuchu. Traktowane są jako narzędzie kontroli. W konsekwencji oceny utrudniają budowanie autentycznych relacji, pozbawionych lęku, strachu przed karą czy pragnienia otrzymania nagrody. Oparcie systemu edukacji na ocenach przyczynia się do tworzenia pokolenia zewnątrzsterownego. Stopnie stają się dla młodych ludzi celem samym w sobie. Zatracają wewnętrzną motywację, związaną z chęcią doskonalenia się i zrobienia czegoś sensownego dla innych. Oceny sprowadzają uczenie się do nudnej pracy - za wykonanie której trzeba otrzymać wynagrodzenie. 

Co więcej, dla realizacji tego celu są gotowi naginać zasady, co niejednokrotnie kończy się oszukiwaniem - ściąganiem, przepisywaniem zadań domowych, kupowaniem rozwiązań w internecie. Jeśli od małego przyzwyczajamy dzieci, że wszystko, co zrobią musi być ocenione przez kogoś z zewnątrz, to trudno im będzie wyobrazić sobie działanie bez stałej zewnętrznej weryfikacji. Nie będą umiały samodzielnie oszacować swego potencjału. Mogą mieć później problemy z budowaniem poczucia własnej wartości.

Odpowiedź 2: Anna Pękala, historyk, kierownik i mentor Grupy Unschoolingowej Fundacji Bullerbyn,  https://www.facebook.com/WolnaSzkolaDemokratyczna .


Temat stopni szkolnych od zawsze wzbudzał wiele emocji i odkąd pamiętam jest tematem numer jeden, gdy rozmawia się o edukacji w mediach, w gronie rodzinnym, czy nawet w pokoju nauczycielskim. To też ważny temat dla samych zainteresowanych, czyli dla dzieci. Nawet napotkany sąsiad, znajomy rodziny zapewne zapyta o stopnie szkolne. 

Jestem przeciwnikiem oceniania dzieci. Oceny są w szkołach niepotrzebne. Już same definicje „oceniania kogoś” lub „czyjegoś działania” oznaczają: wartościować, wystawiać cenzurkę, podsumowywać, rozliczać, osądzać, sądzić. 

Od 1991 roku obowiązuje sześciostopniowa skala ocen. Taka formuła miała ułatwić sprawiedliwe ocenianie oraz służyć między innymi diagnostyce, natomiast można odnieść wrażenie, że obecnie jest narzędziem władzy nauczyciela, egzekutora swoich oczekiwań wobec uczniów. Niekiedy też służy dowartościowaniu i sprawieniu przyjemności na przykład rodzicom. Ocenianie nierozerwalnie łączy się z kontrolą, której dokonuje nauczyciel. A co za tym idzie ocena ma niekiedy formę „zastraszacza”. Dzieci boją się bowiem osób, które je kontrolują. Presja na zdobywanie dobrych ocen jest coraz większa. Mam jednak wątpliwości, czy za tym stoją konkretne umiejętności, rzetelna wiedza, rozwój pasji, kreatywności czy osobowości dziecka. Oceny stają się dla uczniów celem samym w sobie, dzieci tracą swoją wewnątrz sterowność, czyli wewnętrzną motywację. Zabijana jest ich naturalna ciekawość do odkrywania, poznawania, doświadczania. Zaś szkoła staje się miejscem opresyjnym, gdzie o wartości człowieka stanowią jego oceny. Brakuje miejsca na relacje, komunikację, podmiotowość, pasję, kreatywność. Oceny nie motywują a wprowadzają rywalizację tzw „wyścig szczurów”, a przede wszystkim stają się źródłem lęku. 

Dwa lata temu równolegle pracowałam w jako nauczyciel historii i WOS-u w publicznym gimnazjum oraz jako mentor w Fundacji Bullerbyn. W jednym i drugim miejscu zaproponowałam dzieciom zrobienie pracy pt. „Moje Obywatelskie Archiwum”. Był to projekt zaczerpnięty z CEO, miał na celu zwiększenia znajomości samego siebie. W „Bullerbynowej Szkole”, trwały godzinne dyskusje na temat zrobionych projektów podczas prezentacji, dzieci opowiadały co dała im praca, jakie wspomnienia z dzieciństwa do nich wróciły. W gimnazjum to także był dobry czas - pamiętam bardzo fascynujące projekty uczniów. Różnica polegała jednak na motywacji i świadomości dzieci w tych dwóch miejscach. W gimnazjum na moje pytania „czego dowiedziałeś się o sobie, co dał Tobie projekt?" słyszałam : „Ależ proszę Pani, ja chcę dostać szóstkę!”. 

To jeden z wielu przykładów kiedy dzieciom przestaje zależeć na dobrze wykonanym działaniu i świadomości, że czegoś się dowiedziały, nauczyły – a zaczyna chodzić wyłącznie o otrzymany stopień, średnią ocen, zdobyciu uznania ze strony nauczyciela, rodziców. 

Czy zatem oceniać na lekcjach? Według mnie skala ocen powinna zostać zniesiona. Dziecko potrzebuje informacji zwrotnej o swoich osiągnięciach i umiejętnościach, powinno się pracować na zasobach dziecka, na jego mocnych stronach. 

Najważniejszymi wartościami grupy unschoolingowej w Fundacji Bullerbyn są autonomia, społeczność i samorealizacja, W mojej pracy bez sztucznej i nie naturalnej skali ocen możemy wzajemnie dzielić się doświadczeniem i wiedzą, inspirować się do rozwoju. Podczas konferencji naukowej (nasza forma prezentacji) każdy może być ekspertem w swojej dziedzinie: 12 letni Tymek jest ekspertem od wilków, 17 letnia Zosia to ekspert czasów PRL-u, Marcelina wszystko wie o zdrowej żywności, zaś Maciek potrafi najlepiej montować filmy. Ciotka Ania zna się najlepiej na przyrodzie a Ciotka Aga na literaturze. Ja z kolei pasjonuję się teatrem i pisaniem scenariuszy. To tylko kilka przykładów jak, bez oceniania, pracować na zasobach, odkrywając i doskonaląc potencjał ludzi bez względu na ich metrykę.


Odpowiedź 3: dr Łukasz Srokowski, socjolog edukacji

Wbrew trendowi, obecnemu w środowiskach edukacji alternatywnej, lubię oceny. Oczywiście nie w wersji wypaczonej przez obecny system szkolny (siadaj, jedynka!), widzę jednak ważną rolę, jaką powinny w szkole pełnić.

Ocena - w idealnej wersji - oznacza określenie przez eksperta, jaki jest poziom jakiejś kompetencji, wiedzy czy umiejętności. 

Często oceny przeciwstawiane są informacji zwrotnej, która powinna je zastąpić. Moim zdaniem, to błędna opozycja. Ocena i informacja zwrotna mają zupełnie różne funkcje. Informacja zwrotna to przekazanie subiektywnej perspektywy nadawcy - często wyrażającej na przykład jego emocje. Pozwala lepiej zrozumieć drugiego człowieka, rozwiązać konflikty; ogólnie najlepiej sprawdza się w domenie relacji interpersonalnych.

A ocena to zobiektywizowana miara wiedzy, kompetencji czy efektów pracy. W której subiektywność jest wadą, a nie zaletą. Ocena określa, w jakim stopniu opanowałem dane zagadnienie, albo jaki procent założonego efektu osiągnąłem.

Jak zatem wykorzystać w dobry sposób oceny w szkole podstawowej? Przede wszystkim odejść od ich roli jako nagrody lub kary. Skoncentrować się na jej wartości informacyjnej. Nie stosować w klasach 1-3, to za wcześnie. A w klasach 4-6 wprowadzić jej dobrowolność - czyli pozwolić uczniom wystąpić o ocenę ich kompetencji lub umiejętności. To zupełnie zmieni charakter oceny. Poddanie się dobrowolnemu sprawdzeniu, w wybranym momencie, jest zupełnie innym zjawiskiem niż bycie ocenianym na siłę, wbrew swojej woli i przy niejasnych kryteriach. 

Podsumowując: jestem za ocenami, jeżeli szkoła będzie potrafiła w mądry sposób wykorzystać ich potencjał jako narzędzia. Bo to jest narzędzie. I jak każdym narzędziem, można nim zrobić krzywdę, albo zbudować coś dobrego.

Odpowiedź 4: Odpowiedź 1: Bernadeta Wójtowicz, Nauczycielka matematyki, informatyki i TI w: III Liceum Ogólnokształcące im. J. Kochanowskiego 'Trójka'


Według mnie niekoniecznie, a w klasach 1-3 wcale.

Oceny małym dzieciom nie są potrzebne do niczego.
A przecież dzieci mają naturalną ciekawość świata - chętnie się uczą nowych rzeczy. Lubią  wyzwania,  eksperymenty,  mogą opisać efekty swoich doświadczeń za pomocą plakatu, prezentacji, komiksu, lapbooka, wpisu na blogu.

Dzieci o wiele bardziej cieszy zamiast stopnia pochwała, miłe słowo, buźka, uśmiech, kwiatuszek, naklejka, pieczątka, odznaka - bagde. Przecież dzieci to znani gadżeciarze i zbieracze.  Ocena stopniowa nie ma tej wartości. Chociaż słyszałam o dziecku, które chciało w klasie pierwszej zebrać wszystkie oceny cyfrowe - nie udało się i dziecko było załamane, bo ani ndst ani dopa nie mogło uzyskać...

W klasach 1-3 lepsza wg mnie jest np. ocena opisowa - dajemy dziecku jasny komunikat co już umie, a nad czym musi popracować. Ale z tymi ocenami opisowymi uważałabym. Obecnie każda ocena opisowa powinna być zindywidualizowana i zawierać tylko dozwolone określenia. To jest możliwe do zrealizowania w klasach 1-3, gdy uczniowie mają przeważnie trzech nauczycieli. Fajnie jest przeczytać co dziecko juz potrafi, ale dobrze by było wiedzieć nad czym trzeba popracować, a to nie zawsze da się z oceny opisowej wyczytać. 

W klasach 4-6 jest dużo trudniej. Z jednej strony można by temat ocen opisowych ciągnąć, ale w polskiej szkole uczniowie mają wiele przedmiotów uczonych przez różnych nauczycieli.  Nie wyobrażam sobie nauczyciela np. zajęć komputerowych, który ma z każdą klasą jedną godzinę tygodniowo i musi przygotować ocenę opisową dla każdego swojego ucznia.
Uczyłam kiedyś przez rok w szkole z ocenianiem punktowym.  Może ten system był nie do końca dobrze przygotowany, ale liczył się każdy punkt przez cały rok. Istotne było czy ktoś miał ze sprawdzianu 0/25 czy 5/25, ale już kwestia wyznaczania oceny końcowej była problematyczna.

A gdyby ocenę przedstawić jako tabelę z wypisanymi umiejętnościami, w których zaznaczamy, że uczeń daną umiejętność opanował na określonym poziomie? I to nie wyrażonym oceną, a np. procentami. I uwaga - te procenty nie byłyby przeliczane na ocenę?
Tabele niby są bezduszne, ale gdyby były takie do każdego działu przygotowane niejako odgórnie zawierające wiadomości i umiejętności zawarte w podstawie programowej to może byłoby łatwiej. Do takiej tabeli mógłby wpisać swoje uwagi nauczyciel, ale i uczeń, aby stosując samoocenę określić aktualny poziom swojej wiedzy.

W klasach 4-6 - w obecnym układzie nie wiem czy uda się uciec od ocen tak zupełnie. Nie wiemy jeszcze jak będą wyglądały zmiany w systemie edukacji, ale jeśli nie będzie sprawdzianu szóstoklasisty to dzieci jakoś trzeba do gimnazjum zrekrutować. Czy według ocen na koniec szkoły podstawowej?

Nie jestem przekonana tak do końca czy to dobre kryterium.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz