wtorek, 26 maja 2015

Mała Uczelnia - wielki pomysł. :)

Chciałbym opowiedzieć Wam o inicjatywie edukacyjnej, na którą trafiłem przez tego bloga. Kilka miesięcy temu odezwała się do mnie Kasia Majewska, prowadząca niezwykłą grupę dzieci, pisząc, że czyta moje wpisy i chce porozmawiać o edukacji. Najpierw opowiedziała mi o tym co robi, a potem zaprosiła na zajęcia. 

Zdarzyło się to w świetnym momencie. Od dłuższego czasu chodził mi po głowie pomysł stworzenia szkoły, zorientowanej na dzieci, ich talenty i potrzeby. Szkoły, w której nauka sprawiałaby frajdę. Gdy zobaczyłem, jak działa Mała Uczelnia (nazwę wymyśliły dzieci!), postanowiłem zaangażować się i za ich zgodą, pomóc im ją rozwijać. Na razie w postaci edukacji pozaszkolnej, a w dalszej przyszłości w formie szkoły niepublicznej. Szkoły, która mam nadzieję, stanie się ważnym miejscem na mapie edukacyjnej Wrocławia. 

Na początek chcę Wam opowiedzieć o tym, jak działa Mała Uczelnia w tej chwili.

Na południu miasta, w pięknym, starym budynku, codziennie na kilka godzin spotyka się grupa dzieci, które nie chodzą do szkoły. Mają od sześciu do dwunastu lat. Rodzice tych dzieci, z różnych powodów zdecydowali, że chcą sami wziąć odpowiedzialność za ich naukę i poprosili oficjalnie o to, aby ich synowie i córki mogły zdobywać edukację poza systemem oświaty.

W Polsce jest to możliwe i legalne – jedynym wymogiem systemu państwowego jest to, że dziecko musi raz na rok zdać egzamin, sprawdzający, czy opanowało wiedzę założoną dla danej klasy w podstawie programowej. Zalet edukacji pozaszkolnej jest dużo. Najważniejszą jest możliwość pełnej indywidualizacji pracy: dziecko uczy się we własnym tempie, w sposób dostosowany do swoich potrzeb. Ale są też i wady, z czego największą jest odizolowanie dziecka od regularnego kontaktu z rówieśnikami, tak potrzebnego do nabycia podstawowych umiejętności społecznych.

Mała Uczelnia wzięła się z próby odpowiedzi na to wyzwanie. Kilka rodzin zorganizowało sobie salę, znalazło nauczycieli z pasją, ustaliło z nimi zakres nauki i codziennie przywozi swoje pociechy na cztery-pięć godzin wspólnej pracy. Dzieci uczą się pisać bajki, grać w szachy, ale mają też lekcje chemii, filozofii, chodzą wspólnie na basen a we wszystkich zajęciach  towarzyszy im native speaker języka angielskiego. Na wynagrodzenie nauczycieli i wynajem sali składają się rodzice. A zajęcia odbywają się zarówno w sali, jak i na świeżym powietrzu. :-)






Rodzice pracują z dziećmi także poza zajęciami na Małej Uczelni. Dotychczas to oni odpowiadali za przygotowanie dzieci do egzaminów z podstawy programowej – ale od najbliższego roku Mała Uczelnia chce powoli zacząć przejmować tę odpowiedzialność. 

Pomysłodawcą Małej Uczelni jest Katarzyna Majewska, mama Jonasza (lat 9) i Tymona (lat 6), która od początku edukacji starszego z jej synów, szukała sposobu na znalezienie mu odpowiedniego środowiska do nauki. I w końcu rozczarowana tym, co oferuje tradycyjna szkoła, postanowiła stworzyć własne miejsce edukacyjne.

Gdy pierwszy raz odwiedziłem salę lekcyjną, w której odbywają się spotkania Małej Uczelni, od razu na wejściu podeszła do mnie ośmioletnia dziewczynka:
  - Jestem Oliwia – przedstawiła się – a Ty?
  - Łukasz – odpowiedziałem
  - A czemu do nas przyszedłeś? – spytała po chwili namysłu – będziesz miał z nami jakieś fajne zajęcia?
  - Chciałem Was poznać.
  - Aha – odparła – zrobić Ci herbatę? Mamy zwykłą i zieloną. Jaką wolisz?
Oliwia i jej koledzy z grupy są doskonałym przykładem tego, co dzieje się, jeżeli dzieciom pozwoli się choćby częściowo decydować o swojej edukacji.  Czują się współwłaścicielami Małej Uczelni. Ich klasa to ich teren. Z dumą oprowadzali mnie po jej zakątkach, pokazując prowadzone przez siebie eksperymenty biologiczne i chemiczne. Na ścianie wisi wielka karta, na której o każdym dziecku coś jest napisane.
- Sami to pisaliśmy – mówi ośmioletni Rafał – każdy o kimś innym napisał coś miłego.

Atmosfera między dzieciakami jest faktycznie dobra. Owszem, czasem się pokłócą, czasem ktoś się obrazi. Ale nie widziałem wśród nich żadnych śladów systemowego gnębienia przez grupę, tej szkolnej wersji mobbingu, występującej niemal w każdej „normalnej” podstawówce. I samo w sobie to już bardzo dużo mówi o Małej Uczelni.

Przedstawiciel tradycyjnej szkoły mógłby mieć problem z odnalezieniem się w rzeczywistości Małej Uczelni. Dzieci mają tu bowiem dużo więcej do powiedzenia niż w normalnej podstawówce. Owszem, to dorośli proponują ogólną tematykę zajęć. Ale już dzieci wypełniają ją treścią. I nie boją się powiedzieć, że interesuje ich coś konkretnego. Dzięki temu budują poczucie własnej wartości, a uczą się o wiele szybciej niż w tradycyjnej szkole. Byłem kompletnie zaskoczony, kiedy sześcioletni Tymon po chwili zastanowienia był w stanie pomnożyć w pamięci dwadzieścia razy dwadzieścia a Jonasz i Cyrus przez kilka minut wymieniali mi różne epoki i związane z nimi postacie, chociaż nie mieli jeszcze ani jednej oficjalnej lekcji historii.

Mała Uczelnia ma zamiar w kolejnym roku rozwijać się i za chwilę zacznie nabór kolejnych dzieci, w wieku od sześciu do dziewięciu lat. Jeżeli więc ktoś ma ochotę dowiedzieć się więcej, zapraszam na fanpage Mała Uczelnia oraz do kontaktu z jej koordynatorką:

Kasią Majewską.
Nr tel.: 603 892 448, 

A ja wracam do przygotowywania kolejnych zajęć - bo od dwóch tygodni, prowadzę dla dzieci z Małej Uczelni spotkania z historii i społeczeństwa. ;-)

(fotografie 1,2,3: Martyna Majewska, fot. 4 i 5: Magdalena Walkowiak)









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz