wtorek, 18 marca 2014

Nasza wspólna baza jest za duża!

Prowadziłem w piątek szkolenie dla nauczycieli i niechcący udało mi się poruszyć dość kontrowersyjny temat, uruchamiając dyskusję, która skończyła się refleksją o tym, że szkoła niepotrzebnie uczy wszystkich tego samego.

Ale po kolei. :) Przeczytałem ostatnio w świetnej książce Colvin Clark Ruth "Szkolenia oparte na dowodach"  o wynikach badań, wskazujących, że słynne style uczenia się, dzielące ludzi na wzrokowców, słuchowców i kinestetyków wcale nie przekładają się na większą efektywność edukacyjną. Zaintrygowany tematem, poczytałem o tym trochę więcej, stwierdziłem, że faktycznie dowody wskazują na mityczność słynnego podziału i opowiedziałem o tym podczas szkolenia.

Wywołałem w ten sposób kilkudniową dyskusję na facebooku, która objęła między innymi słynną grupę Superbelfrów, a także spowodowałem trochę oburzenia wśród moich przyjaciół trenerów, którzy przekonywali mnie, że znają przecież przypadki skutecznego działania stylów. Abstrahując już od poprawności wniosków z badań (metodologia jest dość solidna, podtrzymuję więc swoje zdanie na ich temat) zafrapowało mnie co innego.

Style uczenia się są tak atrakcyjne, ponieważ wpisują się w trend indywidualizacji nauczania - dają prosty sposób na choć częściowe dostosowanie się do potrzeb ucznia. I w sumie bardzo mnie cieszy, że ktoś broni tej wartości, bo jest ona szalenie ważna. I nawet, jeżeli style poznawcze odrzucimy, to samo dbanie o to, żeby potrzeby ucznia decydowały o wyborze metody edukacyjnej jest godne pochwały.

Myśląc o tym, uzmysłowiłem sobie, jak bardzo tkwimy wszyscy nadal mentalnie w PRL. Tak jak i w innych obszarach społecznej debaty, w szkole dominuje potrzeba ujednolicania na siłę. Dotyczy to nie tylko ignorowania różnic w sposobie uczenia się (tutaj polecam fantastyczny rysunek strumieniowy z wykładu Kena Robinsona), ale także reakcji na nadzwyczajne zdolności i talenty uczniów. W dodatku jest to ujednolicanie głupie - nie zorientowane na budowanie wspólnej bazy kulturowej i podstawowych kompetencji. Nie, to ujednolicanie ma na celu przycinanie wszystkich do jednego rozmiaru. 

Ostatnio, moja koleżanka poskarżyła mi się, że jej córce nauczycielka kazała odpowiedzieć błędnie na teście - bo w kluczu też była błędna odpowiedź. Co więcej, nauczycielka o tym wiedziała i zapytana o sens takiego działania stwierdziła "a po co ma się dziewczyna wymądrzać? Jak jest źle, to przynajmniej wszyscy będą mieli źle".

Owszem, szkoła powinna kształcić jakąś wspólną bazę. Teraz jednak jest ona zdecydowanie zbyt duża - a obszar dowolności i samodzielnego wyboru dzieci zdecydowanie za mały.

Do tej wspólnej bazy mogą należeć elementy budujące naszą spójność jako społeczeństwa (znajomość literatury, sztuki, języka, historii) - ale nie na taką skalę. Znajomość Bogurodzicy nie wpłynie w żaden sposób na spójność społeczną i kapitał zaufania. To samo dotyczy matematyki, biologii czy geografii - podstawowa wiedza z tych przedmiotów jest niezbędna, ale wiele jest w nich rzeczy, które zniesmaczają samych nauczycieli.

No i z pewnością wspólną bazą nie powinno być poczucie, że "nikt nie powinien się wyróżniać".

A co jeszcze powinno w niej być? I czego być nie powinno, Waszym zdaniem? Zapraszam też do dyskusji na profilu bloga na facebooku.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz