poniedziałek, 27 stycznia 2014

Dzieci lubią się uczyć.

Na początek krótka scenka:

- Edukacja nie ma być fajna - pan z historii poprawił na nosie przekrzywione okulary. Określenie "fajna" wypowiedział tonem zarezerwowanym dla słów co najmniej niestosownych - edukacja ma być kształtująca. 
 Maks zawahał się przez chwilę. Postanowił się jednak nie poddawać.
- Ale nikt nie chce robić rzeczy niefajnych - stwierdził
Reszta klasy zaczęła się wiercić w krzesłach. Rozmowa rozpoczęta od stwierdzenia, że dzisiejszy temat - rewolucja przemysłowa - nie jest fajny, zaczynała skręcać w niepokojącą stronę. Pan od historii, wkurzony przez nieposłusznego Maksa mógł zarządzić niezapowiedzianą kartkówkę.
- Spoko, Maks - postanowił uratować sytuację jego kolega z ławki, Sebastian - dajmy się kształtować. Nie musi być fajnie.
Kilka osób w klasie parsknęło. Ale ogólnie dało się wyczuć aprobatę dla próby ratunku.
-  No właśnie - pan z historii spojrzał z zadowoleniem na Sebastiana - słuchaj swojego kolegi, bo dobrze mówi. Fajnie możesz się bawić po szkole. A teraz jesteś na lekcji. I mamy temat do przerobienia.
Maks westchnął. I otworzył zeszyt.

Dzieci uwielbiają się uczyć. Wie to każdy, kto miał do czynienia z kilkuletnim brzdącem. Do pewnego wieku maluchy reagują z ogromną radością na możliwość nauczenia się czegoś nowego. Po czym nagle, w wieku siedmiu lat coś się zmienia. Najpierw powoli, a potem coraz szybciej. Słowo „nauczyć się” staje się synonimem katorgi, zesłania z krainy przyjemnej zabawy do męki nudnej nauki. Zmiana ta odbywa się w takt zadań domowych, słów „otwieramy zeszyty”, „wyciągamy karteczki” i akompaniamencie dzwonków. 

Nie wszędzie i nie zawsze. Jest w Polsce trochę szkół, które sprawiają, że uczniowie widzą sens nauki. Jest wielu świetnych nauczycieli, którym się chce. Poznałem osobiście kilku z nich i jestem zafascynowany płonącym w nich ogniem, którym bez trudu rozgrzewają umysły uczniów.

Najczęściej jednak edukacja w oczach uczniów nie jest fajna. Słowa tego używam celowo. Z punktu widzenia dorosłych, nauka szkolna ma być przydatna, mądra, wartościowa, skuteczna. I to prawda, powinna taka być. Ale powinna być także fajna – tak jak pojęcie to rozumieją dzieci. Czyli interesująca, ciekawa, zabawna. Jeżeli uwzględnimy wszystkie postulaty dorosłych, ale zignorujemy potrzeby dzieci, cały system przestaje działać. 

Powodów tego jest mnóstwo i większość z nich ma dość złożony charakter. Nie zgadzam się z obwinianiem za to nauczycieli. Są w niezwykle trudnej sytuacji – przywala ich biurokracja, uczniowie nie są zainteresowani treściami, których muszą nauczyć, a podstawa programowa skutecznie utrudnia wprowadzanie innowacji.

Czy tak musi być? Oczywiście, że nie. Poznałem ostatnio fantastycznego historyka. W przeciwieństwie do nauczyciela Maksa i Sebastiana, wie, że historia może być fajna. I ma na nią sposób. Uczy jej od tyłu. To znaczy, idzie zgodnie z programem, ale zaczyna każdą lekcję od opisania aktualnej sytuacji i cofając się, dochodzi do tematu lekcji. „Dlaczego Izrael nie lubi się dzisiaj z Palestyną? Bo kiedyś walczyli. A dlaczego walczyli? Bo jedni i drudzy chcą mieć ten sam kawałek ziemi dla siebie. A dlaczego uważają, że mają do tego prawo? A tym się właśnie zajmiemy dzisiaj”.

W tym blogu będę chciał opowiadać o tym, co znaczy dla mnie fajna edukacja - i dlaczego fajna może znaczyć wartościowa. Postaram się, aby była to mieszanka inspirujących mnie historii, praktycznych porad, a także prób zrozumienia głębszych, społecznych kontekstów tego, co znaczy dzisiaj edukacja.

A w następnym odcinku, Maks spróbuje włączyć w trakcie lekcji komputer. Jakie będą tego skutki? Do przeczytania za tydzień. ;-)

5 komentarzy:

  1. Pierwszy odcinek FAJNY :) czekam na kolejny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam córcie, którą za kilka lat czeka wielka wyprawa do "szkoły". Z niecierpliwością będę oczekiwać kolejnych wpisów. Zaczęło się bardzo ciekawie i myślę, że ta " lekturka" będzie gościła na stałe w naszym plecaku.

    OdpowiedzUsuń
  3. od września rusza pierwsza we wrocławiu szkoła demokratyczna :) więc jest jeszcze szansa na ratunek!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, a potem po szkole demokrrrratycznej idziemy do zwykłej szkoły, a potem na studia. To rodzice przekazują dzieciom wzorce i kształtują ciekawość świata - lub nie. Jeśli to robią, żadna szkoła nie zniszczy w dziecku inteligencji i talentu. Sens ma promowanie nie alternatywnych form edukacji, ale np. programów international baccalaureate - tylko kilka szkół w Polsce realizuje nie tylko program matury międzynarodowej, ale i gimnazjum oraz podstawówki. To jest coś, w co warto inwestować.

      Usuń
  4. Dzięki za miłe słowa. Kolejny wpis już za tydzień we wtorek, w okolicach godz. 10. :) Co do szkoły demokratycznej, idea jest świetna - ale zobaczymy, jak będzie wyglądała jej realizacja w praktyce. A zwłaszcza zdawalność egzaminów po pierwszym roku.

    OdpowiedzUsuń